Fragmenty


Jechaliśmy autostradą. Sobota zaczynała nabierać lubianego przeze mnie kolorytu. Su szukała czegoś w torebce. Po dłuższych poszukiwaniach wyjęła stalowe pudełeczko. Kątem oka zauważyłem kilka fachowo skręconych blantów. Długo im się przyglądała. W końcu sięgnęła po tego według niej najbardziej właściwego i bez słowa odpaliła zioło. Na bezdechu wymamrotała:
– Lubisz? – podsunęła mi skręta pod nos.
– Czasem.
Nie spuszczając wzroku z drogi, ściągnąłem chmurę. Wiedziałem, że to nie jest dobry pomysł. Nie ze względu na trzymaną przeze mnie kierownicę, a na pierdolenie. Trawa mnie spowalniała. Od zawsze. Po – owszem, tak. Przed – ryzykowne. Zamiast na cipę mogłem złapać klimat na czekoladę. Staff był mocny. Co jakiś czas zerkałem na nogi Su. Miała zgrabne, szczupłe łydki.
– Zapraszam – powiedziałem, gasząc silnik przed domem.