Fragmenty


(…)Dwadzieścia minut, a jak mu nie przejdzie, wieziemy go do najbliższego szpitala.
– Najbliższy jest w Stroniu – usłyszałem rechot Rera. – Psychiatryk.
Między chłopakami doszło do głośnej wymiany zdań na temat tego, czy umrę, czy też nie, a jeśli tak, to czy w nagrodę zobaczę pana Boga. Próbowałem coś wtrącić, ale bezskutecznie, bo z ust wypływała mi tylko ślina. Bałem się, a jednocześnie przeklinałem własną głupotę i nieodpowiedzialność. Zachciało mi się po czterdziestce powrotu do przeszłości i odlotu, kurwa jego mać. Teraz zdechnę w jebanym lesie, a moja córka przez całe życie będzie tłumaczyła, że tatuś umarł, bo objadł się grzybków halucynogennych. Jezus, kurwa, ja pierdolę! Igrałem całe życie i się doigrałem. Dobrze, że przynajmniej jestem ubezpieczony, pocieszałem się, zapadając w ziemię jak w wielki, miękki dywan, pod którym dziwnym trafem nie było podłogi. A jeśli ubezpieczenie tego nie obejmie? Jeśli umowa zawierała jakiś paragraf o narkotykach? (…)