Fragmenty


Książkę zmęczyłem. Dosłownie. Banał gonił banał. Grey, waniliowy Pan, który ze swoją Suką spisuje prawa i obowiązki w kancelarii prawniczej, a by wsadzić jej coś (cokolwiek) do dupy, potrzebuje mieć na to paragraf… Ten pomysł wywoływał na mojej twarzy uśmiech. Pan i Suka to nie papier i długopis, to mózg i bat. To relacja dwojga ludzi balansująca na granicy słów „tak” i „nie”. Relacja, która może przetrwać tylko wtedy, gdy obie strony rozumieją prawdziwe znaczenie tych słów. To siła i inteligencja Mężczyzny, to mądrość Kobiety i jej ufność w nieomylność Pana. To wzrok, gest, czasem uśmiech czy tylko ton głosu. To przyjaźń. Takich rzeczy nie rozpisuje się na kartkach, lecz utrwala w zwojach kory mózgowej. Najważniejsze jest jednak zrozumienie stron, że to po prostu zabawa. Poważna, ale jednak zabawa.
W naszym rzeczywistym świecie i Pan, i Suka muszą w końcu wstać z łóżka, by nakarmić dzieci albo po prostu pojechać do pracy. Zmierzyć się z dniem codziennym. Postaci głównych bohaterów nawet nie rozwijam. Młody wycackany multimilioner i dwudziestolatka o urodzie aniołka z hymen w cipie to jak dla mnie trochę za dużo. Choć odpowiednie dla gospodyń domowych, by zechciały… polecieć. Jednym słowem książka była stratą czasu, lecz wydanych na nią 39 złotych i 90 groszy nie żałuję.
Potraktowałem ten wydatek jako podziękowanie dla pani E.L James za kilkukrotne, zajebiste dymanie „suk” zbudzonych ze swojego snu pensjonariuszki.